Bez kategorii

Znowu w życiu mi nie wyszło

Być może zadałeś sobie kiedyś to pytanie: „Dlaczego z matematyką nie może być jak z każdym innym przedmiotem?” No właśnie, dlaczego? Gdy opuszczasz klasę po sprawdzianie z historii, to z grubsza wiesz, czego się spodziewać. Wiesz, co na pewno napisałeś dobrze, co raczej jest dobrze, a co było kompletnym strzałem. Wiesz, czego się nauczyłeś, a czego nie. Tak samo z biologią. I z geografią. I z angielskim. Nawet na chemię jakoś się nauczysz. A na matematykę już nie. 

Na pewno pamiętasz sytuację, w której szedłeś na sprawdzian z matmy z przekonaniem, że tym razem będzie dobrze. Że ten dział jakoś wyjątkowo Ci podpasował, w trakcie lekcji ogarniałeś, co się dzieje, prace domowe też odrabiałeś. I znowu dwója. Albo gorzej. Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego tak jest? Najczęściej nasuwa się na myśl jeden z tych powodów:

  • Bo jestem typem humanisty.
  • Bo na sprawdzianie było co innego, niż na lekcji.
  • Bo mój nauczyciel nie umie tłumaczyć.

Są to przyczyny, które często wywołują poczucie bezsilności – z prostego powodu: na żadną z nich nie masz wpływu. Warto w tym miejscu dodać, że nawet najcudowniejszy nauczyciel nie jest w stanie, mając 30 osób w klasie, wytłumaczyć wszystkiego każdemu – po prostu nie ma na to czasu, bo musi zrealizować określony program. Jest to źródłem frustracji nie tylko uczniów, ale często również samych nauczycieli.

Chciałabym Ci jednak pokazać, że jest to tylko część możliwych powodów. Czy któryś z nich dotyczy Ciebie?

Zaniedbujesz jeden dział z myślą, że nadrobisz przy następnym.

Pamiętam do dzisiaj moje największe źródło cierpienia w trakcie całej edukacji szkolnej – romantyzm. Omawialiśmy go przez bite cztery miesiące. Każda lekcja polskiego była dla mnie udręką, bo ileż można słuchać o nieszczęśliwej miłości. Nie przeczytałam wtedy żadnej lektury, dostałam tyle jedynek, że musiałam naprawdę gęsto tłumaczyć się przed rodzicami, a na koniec wylądowałam u psychologa szkolnego, który próbował mi udowodnić, że na pewno czuję się niekochana, bo taka zmiana w ocenach nie bierze się bez powodu. A potem przyszedł pozytywizm i poczułam, że życie jednak jest piękne.

W matematyce tak nie ma. Gdy zaniedbasz jeden dział, najpewniej posypią Ci się wszystkie pozostałe. Podam Ci przykład. Powiedzmy, że nie znosisz pierwiastków. Po którejś próbie zaliczasz je na mocne dwa minus i cieszysz się, że masz je z głowy. A potem przychodzi geometria. Myślisz, że w końcu coś Ci się w życiu uda, bo co może być trudnego w obliczeniu pola trapezu. I tak myślisz do klasówki, na której polecenie do zadania nr 1 brzmi: „Wyznacz pole trapezu o wysokości \(5\) cm i podstawach \(\sqrt{3}\) cm i \(4\sqrt{7}\) cm”. Boli.

Uczysz się schematów, których nie rozumiesz.

Innymi słowy, uczysz się na pamięć. Do pewnego momentu ta strategia się sprawdza. Gdy wiesz, że sprawdzian będzie z rozwiązywania równań, to możesz się nauczyć, że najpierw iksy na jedną stronę, a liczby na drugą,  jeśli są ułamki, mnożymy obustronnie przez wspólny mianownik, potem porządkujemy wyrazy, na końcu dzielimy przez to, co stoi przy iksie – i dobra ocena wpadnie.

Tylko że, nawiązując do poprzedniego punktu, z równań będziesz korzystać nie tylko na klasówce z równań, ale też na większości następnych. Jeśli nie będziesz wiedzieć, dlaczego te kroki miały sens, to bardzo możliwe, że dwa miesiące później nawet nie zauważysz, że trzeba z nich skorzystać. A nawet jeśli zauważysz, to i tak nie będziesz pamiętać, jak to się robiło. Poza tym osoba, która rozumie schematy, z których korzysta, działa znacznie szybciej, bo część kroków może pominąć.

Robisz dużo błędów rachunkowych.

To wynika po części z punktu pierwszego i drugiego – jeśli wcześniej nie wiedziałeś, dlaczego ten minus powinien stać właśnie w tym miejscu, to mało prawdopodobne, że później sam będziesz wiedział, gdzie go postawić. W dużej mierze ma tu jednak wpływ po prostu nieuwaga. Jeśli nie jesteś skrupulatny z natury, to są metody, które pomagają sobie z tym poradzić.

Nie umiesz pracować pod presją czasu.

To akurat chyba oczywisty punkt, a jednocześnie kolejna rzecz, nad którą można pracować. Jeśli już kolejny raz zrobiłeś ogrom błędów w zadaniu, które w domu nie sprawiało Ci żadnych problemów, to od tego właśnie bym zaczęła.

Nie potrafisz rozwiązywać złożonych zadań.

Rozwiązywanie zadań to po prostu pewna umiejętność, której da się nauczyć. Nieco ironiczne jest to, że na matematyce, która sprawdza głównie rozwiązywanie zadań, mało kto tego uczy. Każdy z nas usłyszał na pewno od nauczyciela pod tablicą: „Przeczytałeś zadanie? Wiesz jak je zrobić? Nie? Siadaj, niedostateczny”. Nie uczy się nas tego, że rozwiązywanie zadania to proces, który czasem przypomina błądzenie we mgle, próbowanie różnych opcji i wycofywanie się z nich, gdy okażą się bez sensu.

Uczysz się w nieefektywny sposób.

Nikt nie nauczył nas, jak się uczyć. Jednocześnie naukę uczyniono naszym głównym zajęciem na minimum 12 lat naszego życia. Tymczasem jest sporo metod, które pozwalają szybko przyswoić materiał i zapamiętać go na dłużej, niż do najbliższej kartkówki.  

Nie rozumiesz treści zadań.

Na pewno wiele razy zauważyłeś, że jesteś w stanie bez problemu rozwiązać zadanie… gdy ktoś wytłumaczy Ci polecenie. Na Twoje nieszczęście, na sprawdzianie nikt Ci tego polecenia nie wytłumaczy. Są jednak dwie dobre wiadomości. Pierwsza – czytania poleceń ze zrozumieniem można się nauczyć. Druga – nawet gdy nie rozumiesz polecenia, najczęściej jesteś w stanie zrobić zadanie przynajmniej do połowy, o ile nie składa się z dwudziestu ośmiu etapów 🙂 Wystarczy wiedzieć, jak do tego podejść. 

Nie czytasz uważnie poleceń.

Stres, pośpiech, brak koncentracji – to wszystko sprawia, że czasem spędzasz połowę czasu na liczeniu czegoś, czego wcale nie trzeba było liczyć. Albo w drugą stronę – myślisz, że już skończyłeś zadanie i przechodzisz dalej, a jesteś dopiero w połowie. Być może wyda Ci się to banalne, ale zaskakująco dużo osób nie czyta pytania przed napisaniem na nie odpowiedzi. Osiem dodatkowych sekund, które wiele zmienia.

Twoje własne zapiski są dla Ciebie nieczytelne.

Praca klasowa sprawdza nie tylko Twoje umiejętności matematyczne, ale też zdolność do pracy pod presją czasu. Nie możesz go tracić na to, by szukać, gdzie jest ta przeciwprostokątna, którą liczyłeś pięć minut wcześniej, albo zastanawiać się, czy ten znaczek tutaj to „z” czy „2”. Nie mówiąc już o tym, że gdy obstawisz źle, to całe dalsze rachunki możesz wyrzucić do kosza. Szkoda Twojej pracy i nerwów.

Nie masz wyrobionej intuicji.

Jeśli Twoim problemem jest to, że pierwszą połowę zadań robisz dobrze, a na drugą nie starcza Ci czasu, to najpewniej tu znajduje się Twoja pięta achillesowa. Wiesz, dlaczego jedne osoby toną w rachunkach, zanim dojdą do końcowego wyniku, a drugie znają go, zanim jeszcze zaczną cokolwiek liczyć? Właśnie dzięki intuicji matematycznej. Składają się na nią wrodzone zdolności, ale także praktyka oraz znajomość różnych sposobów na skracanie czasu potrzebnego na poszczególne czynności, połączona z uważnością na to, gdzie te sposoby można zastosować.

Opuszczasz lekcje lub na nich nie uważasz.

W liceum często zadawałam sobie to pytanie: skoro i tak nic nie rozumiem, to po co mam słuchać? Mimo wszystko warto to robić, nawet jeśli masz wrażenie, że bardziej efektywnie spędziłbyś ten czas, gdybyś zabrał się za kopanie rowu plastikową łyżeczką. Po pierwsze – bo wtedy wiesz, czego nie rozumiesz, a to już sporo. Po drugie, wiesz, czego wymaga nauczyciel, jaki sposób rozwiązywania zadań preferuje, które zadania uważa za najistotniejsze (a więc do których szczególnie trzeba przysiąść). Po trzecie, chociaż trochę jednak zapamiętasz – serio.

Na każdy z tych powodów masz wpływ! 🙂

Być może po prostu zabierałeś się do nauki od niewłaściwej strony.

Oczywiście większości z tych rzeczy nie da się przeskoczyć samemu. Jeśli ktoś nie wytłumaczy Ci materiału w sposób dla Ciebie jasny, to nie zaczniesz magicznie rozumieć tego, co się dzieje na tablicy. Sam nie wpadniesz na to, który sposób nauki jest optymalny, skoro specjalistom od psychologii kognitywnej zajmuje to dekady. Pamiętaj jednak, że nauczyciel nie jest jedynym źródłem wiedzy. Może nim być dobry podręcznik, forum internetowe, korepetytor, koleżanka z ławki, od której regularnie spisujesz prace domowe, czy kanał na Youtube poświęcony matematyce. Może nim być także ten blog.

Czytanie moich wpisów nie zmieni Twojego nauczyciela, systemu edukacji ani Twoich uwarunkowań genetycznych. Pomoże Ci natomiast we wszystkich pozostałych punktach. No dobra, nie we wszystkich, na lekcje Cię nie zaciągnę 😉  To co? Do dzieła! 🙂

Jeżeli chcesz być na bieżąco z nowymi postami, to zachęcam Cię do polajkowania blogowego facebooka, gdzie będę o nich informować. 

 

PS: Bardzo przepraszam wszystkie dziewczyny za to, że stosuję męskie końcówki – niestety nie potrafię z tego inaczej wybrnąć, wiedzcie jednak, że moje treści kierowane są także do Was 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

O autorze

Cześć! Jestem Kinga. Lubię koty, wspinaczkę i choinkowe światełka. Nic nigdy nie sprawiało mi takiej przyjemności, jak słyszenie słów "Ej, to serio jest takie proste?", i to już od czasu, gdy w wieku siedmiu lat nauczyłam młodszą koleżankę, jak wiązać buty. Choć wizja siebie jako nauczycielki pojawiała się u mnie regularnie, była skutecznie tłumiona, bo za każdym razem, gdy o tym komuś wspominałam, słyszałam: "Naprawdę? Chcesz uczyć... gimnazjalistów?", zupełnie jakbym powiedziała, że chcę adoptować karalucha. To sprawiło, że pasję do uczenia innych odkrywałam bardzo długo. W końcu jednak mi się to udało, czego efektem jest ten blog :) Zapraszam do czytania!